Garaż był jego przestrzenią – nocny jazz, zapach rozcieńczalnika, drzwi czasami zamknięte na klucz. Szanowałem to. Po 60 latach człowiek uczy się, że każdy potrzebuje własnego kąta.
Ale ostatnio coś było inaczej. Patrzył na mnie z troską, a nie z romantyzmem.
Pewnego popołudnia zostawił rękawiczki. Założyłem, że jest w garażu i poszedłem mu je oddać. Drzwi były lekko uchylone. Kurz unosił się w świetle.
W środku każda ściana była pokryta portretami kobiety – śmiejącej się, płaczącej, śpiącej, starzejącej się. W kątach wisiały daty. Niektóre dotyczyły przyszłości.
Zdjąłem jedną. „Kim ona jest?”
Henry stał za mną. „Prosiłem cię, żebyś nie wchodził”.
„Kim jest ta kobieta?”
Przełknął ślinę. „Maluję, żeby zatrzymać czas”.
Wyszłam trzęsąc się.
Kilka dni później widziałem, jak wyjął gotówkę z sejfu i wyszedł w eleganckiej kurtce. Poszedłem za nim. Poszedł do prywatnej kliniki neurologicznej.
Z korytarza usłyszałem, jak lekarz mówi: „Jej stan postępuje szybciej, niż się spodziewano”.
„Ile czasu?” zapytał Henry.