
Dwudziestosześcioletnia Élise Martin nie była nianią. Była gospodynią domową. Sprzątała, sprzątała i wieczorami studiowała psychologię, kierując się osobistą historią, o której nigdy nie opowiadała. Kiedy zaproponowano jej awaryjną, bardzo dobrze płatną posadę, przyjęła ją bez zadawania zbyt wielu pytań.
Po przybyciu na miejsce atmosfera ją uderzyła. To nie był niebezpieczny dom, ale dom pogrążony w żałobie. Antoine był szczery:
„Nie mogę obiecać ci spokoju. Moje córki cierpią”.
Elise odpowiedziała po prostu:
„Nie boję się cierpienia”.
Sześcioro dzieci, sześć obrażeń
Dziewczynki obserwowały ją nieufnie ze schodów. Camille, najstarsza, zdawała się dźwigać ciężar świata na swoich barkach. Młodsze, zwłaszcza bliźniaczki, wystawiały każdego dorosłego na próbę do granic wytrzymałości.
„Jesteś numerem trzydzieści osiem” – powiedziała Camille chłodno.
Elise się uśmiechnęła. Nie próbowała uwodzić ani poprawiać. Po prostu zaczęła sprzątać kuchnię.
Pierwszy cud był drobny: naleśniki w kształcie zwierzątek, przygotowane bez słowa, a następnie podane na stole. Trzyletnia Louise jadła w milczeniu, zaskoczona, że nikt jej o nic nie pytał.