Były identyczne.
Te same chude twarze. Te same zapadnięte policzki. Te same za duże, znoszone ubrania zwisające z delikatnych ramion. Żadnych plecaków. Żadnych rodziców. Tylko trzy pary głodnych oczu pełnych wahania.
Jeden z nich — zdecydowanie najodważniejszy — zrobił mały krok naprzód.
„Babciu…” powiedział cicho, jego głos ledwo przebijał się przez hałas ulicy.
„Czy coś ci zostało? Nawet coś starego… coś, co chciałaś wyrzucić?”
Walentyna zamarła.
W jego tonie nie było ani krzty niegrzeczności. Żadnego poczucia wyższości. Tylko przeprosiny. Jakby żałował, że w ogóle istnieje.
Westchnęła, spojrzała na garnek i przemówiła po prostu.
„Chodź tutaj. Usiądź.”
Chłopcy patrzyli na nią oszołomieni.
Spojrzeli na siebie, niepewni, czy dobrze usłyszeli. Potem, ostrożnie, z rozwagą, podeszli bliżej, poruszając się tak, jakby jeden fałszywy krok mógł zmusić ją do zmiany zdania.
Walentyna nalała trzy miski zupy. Niewielkie porcje, ale były gorące. Położyła chleb obok każdej miski i odeszła bez słowa.
Chłopcy jedli w milczeniu. Szybko. Ale co kilka sekund któryś z nich podnosił na nią wzrok, szeroko otwierając oczy, jakby spodziewał się, że ta chwila zaraz się skończy.
Tej nocy Walentyna Siergiejewna była przekonana, że zrobiła tylko małą przysługę.
Nie wiedziała, że właśnie odmieniła na zawsze życie trzech osób.
Minęło dwadzieścia lat.
Stoisko wciąż tam było. Markiza coraz bardziej wyblakła. Garnek coraz bardziej wgnieciony. Walentyna starsza, wolniejsza, z rękami zesztywniałymi w chłodne poranki. Ale każdego wieczoru stała w tym samym miejscu, mieszając zupę i podając każdemu, kto przyszedł.
Nie miała rodziny. Żadnych oszczędności. Żadnych oczekiwań.
Aż pewnego wieczoru na ulicy zapanowała cisza.
Trzy czarne supersamochody zatrzymały się przed jej stoiskiem.
Aby kontynuować czytanie, kliknij ( NASTĘPNA 》) poniżej !