— Nie, mamo. Ale ostatecznie wybieram siebie.
Piotr jej wierzchni i razem wyszli. Dom za ich skutkiem jest nagle mały, ciemny i zimny.
Na ulicy Anna zaczerpnęła powietrze głęboko.
Po raz pierwszy od lat czuła się wolna. Piotr uścisnął jej dłoń i zadziałał:
— Byłaś wspaniała.
— Zrobiłam tylko to, co powiedziałam była dawno temu — koniecznościa. — Może i wymyśliłam narzeczonego, żeby ich uuciszyć, ale odzyskałam coś ważnego: szacunek do samej siebie.
Nocne niebo błyszczało nad nimi, a światła miasta migały jak jasne. Anna twierdzi, że jej prawdziwe życie zaczyna się dopiero.