Mieszkałem sam w małym domku za miastem. Dni mijały spokojnie: po obiedzie siedziałem przy oknie, słuchając śpiewu ptaków i obserwując, jak słońce powoli zachodzi nad pustą ulicą.
Z zewnątrz wszystko wyglądało spokojnie, ale w środku już dawno zagościła samotność, o której starałem się nie myśleć.
Tego dnia były moje urodziny.
Nikt nie dzwonił, nikt nie pamiętał. A potem nagle postanowiłem zrobić coś nietypowego, wręcz lekkomyślnego. Po obiedzie wsiadłem do autobusu i pojechałem do miasta – tak po prostu, bez planu.
Poszedłem do małego baru.
Było ciepłe, żółte oświetlenie i łagodna muzyka. Usiadłem w kącie i zamówiłem lampkę czerwonego wina.
Rozglądałem się dookoła i w pewnym momencie zauważyłem mężczyznę podchodzącego do mojego stolika. Był młodszy ode mnie, po trzydziestce, zadbany, pewny siebie, z uważnym spojrzeniem. Uśmiechnął się i zaproponował, żeby zamówić mi kolejny kieliszek.
Zaczęliśmy rozmawiać tak swobodnie, jakbyśmy znali się od lat. Powiedział, że pracuje jako fotograf i niedawno wrócił z podróży.
Opowiedziałam mu o sobie, o swoim życiu, o tym, jak odkładałam tyle rzeczy na później i nigdy nie podjęłam decyzji. Nie wiem, czy to wina, czy po prostu ciepła, ale nagle poczułam się żywa.
Tej nocy pojechałam z nim do hotelu. Czułam strach i jednocześnie spokój. Od dawna nie czułam ciepła, obecności innej osoby u boku. Prawie nie rozmawialiśmy, po prostu pozwalając, by prowadziły nas emocje.