Przeszukał każdy pokój, wołając imię syna, a strach ściskał mu pierś z każdym bezowocnym echem.
Potem to zobaczył.
Drzwi wejściowe.
Lekko otwarte.
Deszcz padał po kamiennych schodach na zewnątrz.
Umysł Jonathana natychmiast wypełnił się obrazami, których nie mógł znieść. Zimno. Mokra ziemia. Słabe ciało Olivera wystawione na burzę.
Wybiegł na zewnątrz, nie zwracając uwagi na deszcz, który przemaczał mu ubrania, a buty ślizgały się na ścieżce.
I wtedy się zatrzymał.
Nie ze strachu.
Ale z powodu tego, co zobaczył.
Kałuża
Na środku podjazdu, gdzie woda deszczowa zebrała się w szeroką, błotnistą kałużę, siedział Oliver.
Jego małe, różowe kule ortopedyczne leżały porzucone nieopodal, na wpół zanurzone w wodzie.
Jego jedwabna piżama została zniszczona.
Włosy przykleiły mu się do czoła.
Ale Oliver nie płakał.
Oliver się śmiał.
Było głośno. Niepohamowanie. Żywo.
Jonathanowi zaparło dech w piersiach.
Obok Olivera klęczało inne dziecko.
Chłopiec, może ośmioletni. Boso. Jego za duża bluza z kapturem była przemoczona i oblepiała jego szczupłą sylwetkę. Spodnie miał podwinięte, nogi umazane błotem. Ostrożnie trzymał Olivera, jedną rękę pewnie za plecami.
Chłopiec spokojnie podniósł wzrok, gdy Jonathan się zbliżył.