„Co robisz z moim synem?” krzyknął Jonathan głosem ostrym od strachu i gniewu.
Chłopiec nawet nie drgnął.
„Nic mu nie jest, proszę pana” – powiedział chłopiec spokojnie. „Tylko się bawimy”.
„Bawić się?” Jonathan bez wahania wszedł w kałużę. „On nie może się tak bawić. Potrzebuje wsparcia. Może zrobić sobie krzywdę”.
Wyciągnął rękę, żeby podnieść Olivera.
A potem zamarł.
Oliver próbował wstać.
Nie ze sprzętem.
Nie z aparatem ortodontycznym.
Z rękami wciśniętymi w błoto, palcami próbując utrzymać równowagę, nogami drżącymi, gdy odpychał się od podłoża.
Poślizgnął się.
Zaśmiał się jeszcze głośniej.
„Może to zrobić” – powiedział cicho chłopiec. „Musi tylko chcieć”.
Jonathan patrzył, deszcz spływał mu po twarzy, nie mógł wydusić z siebie słowa.
Nazwa i powód
„Kim jesteś?” zapytał w końcu Jonathan.
„Jestem Lucas” – odpowiedział chłopiec. „Sprzedaję przekąski na ulicy”.
Wskazał na mały koszyk przewrócony przy krawężniku, którego zawartość została zniszczona przez deszcz.
„Przechodzę tędy codziennie” – kontynuował Lucas. „Twój syn obserwuje nas przez okno. Wygląda na samotnego. Dzisiaj zostawił liścik”.
Serce Jonathana się ścisnęło.
„Notatka?”
Lucas sięgnął do kieszeni i rozłożył wilgotny kawałek papieru.
Ślady kredki. Nierówne litery.
Pomóż mi wyjść na zewnątrz.
Jonathan spojrzał na Olivera.
Jego syn nie prosił o pomoc w przeprowadzce.
Poprosił o pomoc w przeżyciu.