Kiedy miałem siedem lat, odwiedzanie dziadka było nieodłącznym elementem moich tygodni niczym cicha ceremonia.

Czułam się ważna, choć nie potrafiłam wytłumaczyć dlaczego. Szłam obok niego od sklepu na rogu do jego małego domu na końcu ulicy, pewnie obejmując jego dłoń, jakbym to ja dbała o to, żebyśmy bezpiecznie dotarli. Gdy już byliśmy w środku, wszystko za każdym razem toczyło się tak samo. Trzymał mnie za ręce, wpatrywał się uważnie w moją twarz i uśmiechał się delikatnie, zanim nalał mi dwie szklanki soku winogronowego. Rzadko się odzywał, ale sposób, w jaki na mnie koncentrował, sprawiał, że w pomieszczeniu panowała cisza i poczucie bezpieczeństwa. Dla mnie to było nic więcej niż nasz prywatny nawyk, łagodna przerwa w zwyczajnym dzieciństwie.

Z biegiem lat moje życie zaczęło przyspieszać.

Wymagania szkoły, przyjaźnie i późniejsze obowiązki dorosłych powoli wyparły te wizyty. Przestałam przychodzić co tydzień. Za każdym razem, gdy go widziałam, wydawał się trochę bardziej odległy, trochę bardziej cichy i zakładałam, że to po prostu naturalne spowolnienie, które przychodzi z wiekiem. Kiedy umarł, smutek nadszedł cicho, w towarzystwie znajomego żalu – że nie pojawiałam się częściej, że pozwoliłam czasowi uciekać. Mimo to, trzymałam się tych popołudni jak kojących wspomnień z prostszych czasów. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby je kwestionować. Wydawały się kompletne, takie jakie były, małe i ciepłe, aż lata później moja matka podzieliła się z nami prawdą, która zmieniła wszystko, co myślałam, że rozumiem.

Aby kontynuować czytanie, kliknij ( NASTĘPNA 》) poniżej !

Reklama
Reklama