„Tak, po prostu… oddycham” – odpowiedziałem. „Chłonę to wszystko, rozumiesz?”
Zapadła krótka cisza. Wyobraziłam sobie Jess – moją najbliższą przyjaciółkę od czasów studiów – stojącą tam, z marszczącymi brwiami, zastanawiającą się, czy wejść do środka.
„Dam ci jeszcze kilka minut, T. Zawołaj, jeśli będziesz potrzebowała pomocy z wyjęciem tej sukienki. Będę niedaleko.”
Uśmiechnąłem się do swojego odbicia, choć nie dosięgnęło ono moich oczu. Jej kroki ucichły na korytarzu.
To był naprawdę piękny ślub. Ceremonia odbyła się na podwórku Jess, pod starym figowcem, który był świadkiem wielu lat wspomnień – urodzin, rozstań, a nawet przerw w dostawie prądu podczas letniej burzy, gdy jedliśmy ciasto przy świecach. Nie było to wystawne, ale sprawiało wrażenie szczerego.
Jess to nie tylko moja najlepsza przyjaciółka. To osoba, która wie, kiedy moje milczenie oznacza spokój, a kiedy oznacza, że się rozpadam. Od czasów studiów jest moją najzagorzalszą obrończynią i nigdy nie waha się dzielić swoimi przemyśleniami – zwłaszcza jeśli chodzi o Ryana.
„To moja wina, Tara. Jest w nim coś takiego… Słuchaj, może się zmienił. I może jest teraz lepszym człowiekiem. Ale… to ja będę oceniać”.
Pomysł zorganizowania ślubu był jej własny. Powiedziała, że dzięki temu atmosfera będzie „bliska, ciepła i szczera”. Wiedziałem, co naprawdę miała na myśli.
Chciała być blisko – na tyle blisko, by uważnie obserwować Ryana, gotowa interweniować, gdyby pokazał choćby cień swojej dawnej osobowości. Nie sprzeciwiałam się. Doceniałam taką czujność.
Ponieważ Ryan i ja planowaliśmy przełożyć naszą podróż poślubną, postanowiliśmy zostać tej nocy w pokoju gościnnym, zanim wrócimy do domu następnego ranka. To był delikatny bufor między świętowaniem a rzeczywistością.
Ryan płakał podczas składania przysięgi. Ja też. Mimo to czułem ciche przerażenie, jakbym przygotowywał się na to, że coś się rozbije.
Może ten instynkt wziął się z liceum. Już wcześnie nauczyłam się, jak się przygotować – zanim weszłam do pokoju, zanim usłyszałam swoje imię, zanim otworzyłam szafkę i zobaczyłam kolejną okrutną wiadomość. Nie było siniaków, żadnych szturchnięć. Tylko okrucieństwo, które powoli cię opróżnia. A Ryan był w centrum tego wszystkiego.
Nigdy nie krzyczał. Nigdy nie podnosił głosu. Używał precyzji – komentarze były na tyle głośne, by kłuć, i na tyle ciche, by umknąć uwadze.
Aby kontynuować czytanie, kliknij ( NASTĘPNA 》) poniżej !