„Czy to jest pilot?”
„Czemu jest tak grubo?”
„Gdzie jest ekran?”
„Dlaczego wydaje taki hałas?”
Mogą nacisnąć przycisk i wyglądać na zaskoczonych, gdy faktycznie coś się wydarzy.
Bo to urządzenie nie podświetla się przy powiadomieniach. Nie wibruje, żeby zwrócić uwagę. Nie prosi o przewijanie.
Robi dokładnie jedną rzecz — i robi ją dobrze.
I kiedyś to wystarczało.
Kiedy muzyka była twoją własnością
Były czasy, kiedy muzyka nie była tylko szumem w tle. Nie była serwowana algorytmicznie. Nie istniała w chmurze.
Posiadałeś muzykę.
Oszczędzałeś na to. Pożyczyłeś. Nagrałeś z radia, trzymając palec nad przyciskiem nagrywania, modląc się, żeby DJ nie zagłuszył intra. Znałeś każdy utwór na pamięć, bo pomijanie utworów wymagało wysiłku.
A ten mały obiekt był bramą.
Pozwalał zabrać muzykę ze sobą – nie całą, nie od razu, ale wystarczająco. Wystarczająco na podróż autobusem. Wystarczająco na długi spacer. Wystarczająco, by na chwilę zagłuszyć hałas świata.
To była wolność przypięta do paska lub upchnięta w plecaku.
Rytuał, który wszyscy pamiętają
, nie był natychmiastowy. Był rytuał.
Wsuwałeś coś – ostrożnie. Jeśli się zacięło, serce podskakiwało. Naciskałeś przycisk, słyszałeś satysfakcjonujący klik, a potem… ten dźwięk. Ten delikatny mechaniczny szum, a potem muzyka.
Czasami działało to doskonale.
Aby kontynuować czytanie, kliknij ( NASTĘPNA 》) poniżej !