„A co, jeśli w ogóle nie będę chciał walczyć?” zapytałem dziwnym głosem. „A co, jeśli po prostu dam im trochę pieniędzy, żeby zniknęli?”
„Nie rób tego”. Głos Theodore'a stał się ostrzejszy. „Twój dziadek wyraźnie zabronił jakiejkolwiek ugody. W testamencie umieścił klauzulę, że jeśli dasz im choć grosz więcej, niż im zostawił, cały majątek trafi na cele charytatywne. Chciał mieć pewność, że nie będą mogli cię zmusić do wycofania się”.
Nawet zza grobu dziadek Lawrence czuwał nade mną.
„Dobrze” – powiedziałem, prostując ramiona. „Powiedz mi, co mam robić. Powiedz mi wszystko, co muszę wiedzieć”.
Spędziliśmy kolejne trzy godziny, przeglądając dokumenty. Theodore wyjaśnił strukturę majątku, firmę i nieruchomości. Pokazał mi raporty finansowe, które przyprawiły mnie o zawrót głowy. Podał mi dane kontaktowe księgowych, prawników i konsultantów.
To było przytłaczające.
Ale nauczyłem się czegoś ważnego w ciągu pięciu lat, odkąd moja rodzina mnie opuściła.
Byłem silniejszy, niż myślałem.
Mądrzejszy, niż myślałem.
Mogłem zrobić o wiele więcej, niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić.
I miałem coś, czego nie miała moja rodzina.
Miałem uczciwość.
Miałem honor.
Byłem zdeterminowany, by spełnić ostatnią wolę dziadka, bez względu na koszty.
Kiedy w końcu tego popołudnia wychodziłem z biura Theodore'a, słońce zachodziło nad miastem. Stałem na chodniku, patrząc w górę na wysokie budynki wokół mnie, drogie samochody przejeżdżające obok, na świat, który właśnie odziedziczyłem – niezależnie od tego, czy byłem na to gotowy, czy nie.
Mój telefon zawibrował.
SMS z nieznanego numeru.